Pułkownik Sopel – Rozdział I (cz. 1)

Głębokie wzruszenie spowodowało, że pułkownik poruszył niespokojnie uszami. Była to oznaka skrajnie silnych emocji, które go posiadły. Nadludzkie opanowanie, które wykształcił w toku swojej trudnej kariery nie dopuszczało, aby jakiekolwiek inne przejawy emocji stawały się widoczne. W niektórych warunkach mogło być to przecież sprawą życia i śmierci.

Von Klaus również był wzruszony.

– Przyjechałeś – powiedział tylko, a jego sołżenicynowska broda zadrgała lekko.

– Siadaj – pułkownik przykrywał rozczulenie szorstkością obycia. – To nie jest sprawiedliwe, co się tu dzieje.

Twarz pułkownika przybrała gniewny wyraz, odzwierciedlający jego wewnętrzne oburzenie.

– Zawiniłeś, ale kara nie jest adekwatna – ciągnął. – Tak jest zawsze, kiedy politycy wtrącają swoje brudne ręce w wymierzanie sprawiedliwości, którym powinna zajmować się prawdziwie niezależna władza sądownicza.

Zdał sobie sprawę, ze folgując swojej słabości do patetycznych przemówień, stał się nazbyt akademicki i urwał. Odetchnął, postarał odprężyć się i kontynuował zdecydowanym głosem:

– Wyciągnę cię stąd. Mam jeszcze wpływy w tym kraju. To tak nie zostanie.

Obydwaj rozmawiali potem dość intensywnie, starając się do końca wykorzystać godzinę przeznaczoną na widzenie, której upływ wyznaczały ich wydłużające się na zmęczonej upałem ziemi cienie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Powieść, Teksty. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz